W ubiegłym roku w Polsce było 2280 pojedynczych toalet, czyli bardzo, bardzo mało. Samych miast w naszym kraju jest blisko 1000. Mimo że prawo jasno określa miejsca, w których należy stworzyć ogólnodostępne toalety, rzeczywistość zwykle wygląda inaczej. Włodarze gmin, temat spychają niemal na margines proponując tymczasowe rozwiązania, które są jedynie ucieczką od problemu.

Rozporządzenie ministra infrastruktury z 2002 r. stawia sprawę jednoznacznie. Paragraf 84. dokumentu mówi, że „w budynku użyteczności publicznej i zakładu pracy należy urządzić ustępy ogólnodostępne”. Nic dodać, nic ująć.

To samo rozporządzenie dokładnie wylicza co należy rozumieć przez „budynek użyteczności publicznej”. To budynki przeznaczone na potrzeby „administracji publicznej, wymiaru sprawiedliwości, kultury, kultu religijnego, oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki, opieki zdrowotnej, opieki społecznej i socjalnej, obsługi bankowej, handlu, gastronomii, usług, turystyki, sportu, obsługi pasażerów w transporcie kolejowym, drogowym, lotniczym, morskim lub wodnym śródlądowym, świadczenia usług pocztowych lub telekomunikacyjnych oraz inny ogólnodostępny budynek przeznaczony do wykonywania podobnych funkcji, w tym także budynek biurowy i socjalny”. Wszędzie tam powinniśmy spodziewać się publicznie dostępnych toalet.

Toalety w Sądzie Najwyższym

W 2009 roku Józef Głuchowski, powstaniec warszawski i emerytowany inżynier budownictwa poszedł do dwóch banków mających siedzibę w tzw. Błękitnym Wieżowcu w Warszawie. Przy bankowych okienkach spędził ponad godzinę. Gdy poprosił o możliwość skorzystania z toalety, odmówiono mu. Odesłano go do pobliskiej restauracji i na stację metra.

Wcześniej tam była ubikacja – jedna zwykła, druga dla inwalidów. A tu nagle – zlikwidowali, zrobili schowek gospodarczy. Mówię tym pracownikom, że już muszę – a tu drwiny, śmiechy. Wreszcie wprowadzili mnie do tego ciemnego pomieszczenia i tam dopadł mnie straszny stres. W czasie wojny byłem przez pewien czas zasypany w gruzach i zaczęło mi się wydawać, że znów w nich jestem. Efekt był taki, że pobrudziłem sobie ubranie. Nawet nie mogłem wrócić autobusem do domu, bo okropnie cuchnąłem – opowiadał mężczyzna, który postanowił walczyć o dostępność toalet w instytucjach publicznych, jakimi są banki. – Mam nadzieję, że ktoś się wreszcie ocknie – o to mi chodzi – mówił wówczas Głuchowski. Sprawą 84-letniego kombatanta w 2014 roku musiał zająć się Sąd Najwyższy i ostatecznie przyznał mu rację.

Toalet brakuje od morza do Tatr

Problem ograniczonego dostępu do publicznych toalet powtarza się bez względu na wielkość miasta. W swoim raporcie z 2012 r. zwrócili na to uwagę kontrolerzy NIK. – W skontrolowanych gminach w 2011 r. na jedną toaletę publiczną przypadało średnio 11,9 tys. mieszkańców, podczas gdy np. w Wielkiej Brytanii – 600 osób. Spośród skontrolowanych gmin jedynie 11 wybudowało w ostatnich latach nowe szalety, a ich łączna liczba nie przekroczyła 21 – powiedział po publikacji raportu Paweł Biedziak, rzecznik Najwyższej Izby Kontroli.

Co ciekawe, w Myszkowie (32 tys. mieszkańców) jako szalet publiczny wskazywano inspektorom NIK toaletę w budynku urzędu miasta. Jedyna toaleta publiczna w Łazach (7 tys. mieszkańców) czynna była tylko w dni robocze, w godzinach 8-16. W dwóch ze skontrolowanych 35 gmin toalety publicznej nie było wcale.

W Raciborzu (56 tys. mieszkańców) publiczne szalety są dwa, w tym tylko jeden czynny całą dobę, 7 dni w tygodniu. Mieszkańcy narzekają, ale nieoficjalnie, więc urzędnicy problemu nie widzą. – Nie mamy zgłoszeń, że faktycznie jest jeszcze zapotrzebowanie na inne toalety – mówi Magdalena Ulańska z Urzędu Miasta w Raciborzu. W sąsiedzkim Rybniku (141 tys. mieszkańców), stoją już 4 szalety, a urzędnicy mają także plany na przyszłość. – Zamierzamy postawić kolejną miejską toaletę na terenie parku tematycznego, takie były też sugestie mieszkańców – mówi Agnieszka Skupień, z Urzędu Miasta w Rybniku.

W Gorzowie Wielkopolskim 5 lat temu trzeba było zamknąć szalet w centrum miasta, bo woda z fontanny zalewała podziemne ustępy. Teraz w centrum miasta z załatwieniem potrzeby jest problem. – Ludzie zrobili sobie ubikację w krzakach na naszym podwórku – skarżą się nam mieszkańcy.

Nieprzerwanie od 25 lat działa za to kultowa dla mieszkańców Gorzowa toaleta u zbiegu ulic Krzywoustego i Chrobrego. – Jedni się żalą, inni mówią, że jak tu nie przyjdą, to potem nie mają gdzie… U nas jest czysto i pachnąco – mówi Zofia Borowska, administrator szaletu.

Za prowadzenie pięciu automatycznych toalet miasto płaci rocznie ponad 63 tys. złotych. Latem są one czynne od godz. 6 do 22. W nocy muszą być zamykane, bo bezdomni traktują je jak noclegownie. Urzędnicy zapowiadają, że postarają się znaleźć pieniądze na szóstą toaletę w centrum miasta. – Jak pojawi się pomysł na to, czy ma to być partnerstwo publiczno-prywatne, czy mają to być toalety rzeczywiście miejskie, to myślę, że zostaną one przekazane mieszkańcom. Potrzeba taka w centrum na pewno jest – mówi Agnieszka Szurgot-Miłosz z Urzędu Miasta w Gorzowie Wielkopolskim.

Na tle kiepskich polskich wyników pocieszeniem może być Moskwa, gdzie na 11,7 mln mieszkańców działa tylko 225 bezpłatnych szaletów. To ok. 52 tys. osób na jedną toaletę.

Za wygody urząd musi zapłacić

Nowe toalety są w pełni zautomatyzowane, a po każdej wizycie cała kabina podlega pełnej dezynfekcji. Mają podgrzewaną podłogę i „przewijaki” dla młodych matek. Zewnętrzne powłoki szaletów są odporne na graffiti, a całość jest „wandaloodporna”. Nowe systemy pozwalają oszczędzać wodę, by zamiast 7 litrów do każdorazowego spłukania nieczystości użyć tylko 1,5 litra wody pod ciśnieniem. Najnowsze modele szaletów wysyłają nawet smsa kiedy wymagana jest ingerencja administratora. Za te „atrakcje” trzeba jednak słono zapłacić, co często nie podoba się części mieszkańców.

W Polsce buduje się głównie toalety automatyczne i półautomatyczne, co na zachodzie jest standardem od kilkunastu-kilkudziesięciu lat. Koszt takiej toalety to od 50 od 100 tys. zł – mówi Bartosz Dyląg, dziennikarz serwisu portalsamorzadowy.pl. – Koszt toalety automatycznej, gdzie nie potrzeba już żadnej obsługi, wynosi od 150 do 200 tys. zł. Toaleta szyta „na miarę”, jak w Gdańsku, kosztowała 300 tys. zł, ale myślę że było warto, bo są to piękne obiekty – dodaje Dyląg.

Trzy gdańskie szalety są już przynajmniej za sprawą brytyjskiego portalu architektonicznego znane na całym świecie. W Polsce znana jest głównie rekordowa, warszawska „supertoaleta”, którą wybudowano w okolicach Stadionu Narodowego. Jej powstanie pochłonęło 4,6 mln złotych. To jednak tak naprawdę dwa niezależne budynki – pawilon sanitarny i kawiarnia wybudowane na trudnym, podmokłym terenie.

Zmarnowane szanse, tymczasowe pomysły

Wysoki standard toalet publicznych to wizytówka kraju w podobnym stopniu jak stadiony piłkarskie, nowe dworce, czy autostrady. Według Kamila Lipińskiego ze Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, częściowo zmarnowaną szansą na poprawę sytuacji publicznych toalet był czas przygotowań do Euro 2012.

Posiłkowano się wtedy rozwiązaniami tymczasowymi, umieszczaniem toalet plastikowych w strategicznych miejscach, oraz rozwiązaniami prawnymi, które miały zachęcić przedsiębiorców, właścicieli restauracji i hoteli do udostępniania swoich lokali – mówi Lipiński.

Podobne rozwiązanie proponowała swoim restauratorom Łódź, czy niedawno warszawska Ochota. – W Łodzi było to 500 zł bonifikaty z czynszu, na Ochocie jest to 10 procent. Pomysł wydaje mi się bardzo dobry i godny naśladowania, ale jest to pomysł doraźny, nie rozwiąże problemu braku toalet publicznych na dłuższą metę – uważa Bartosz Dyląg. – To rozwiązanie ma także ten problem, że nie działa 24 godziny na dobę. Nie będą z tego mogły również skorzystać osoby uboższe, które mogą wstydzić się wejść do restauracyjnych toalet – zauważa Kamil Lipiński.

Zdaniem ekspertów wadą rozwiązania „prawnego” jest również uzależnienie obecności toalet nie od zamieszkania ludzi, czy od miejsc gdzie spędzają na świeżym powietrzu wolny czas, lub chodzą na zakupy, tylko od tego gdzie są hotele i restauracje.– Nawet jeśli taka siatka toalet powstanie szybko, jest szansa, że nie będzie obejmować części dzielnic, albo będzie kilka toalet na kilka tysięcy ludzi – mówi Lipiński.

Władze Warszawy przekonują, że taki problem chcą rozwiązać systemowo. Mają już nawet plan na zagospodarowanie popularnych terenów rekreacyjnych nad Wisłą – najpierw 22 niewielkie automatyczne toalety, później być może kolejnych 30. – Dążymy do tego, żeby standard toalety był wysoki, żeby pasował do przestrzeni publicznych. Ponieważ te przestrzenie, które wybraliśmy są przestrzeniami bardzo reprezentacyjnymi – mówi Marek Piwowarski, pełnomocnik prezydenta Warszawy ds. Wisły. Dodatkowo stołeczny Zakład Oczyszczania Miasta w ciągu roku ustawia od 100 do 150 przenośnych toalet w miejscach, które wskazują urzędy dzielnic. Eksperci wskazują jednak na wcześniejsze błędy, których można było uniknąć. – W Warszawie podczas rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz były budowane za olbrzymie pieniądze toalety publiczne, a jednocześnie prywatyzowane te, które już istniały. Jest to działanie zupełnie niespójne – uważa Kamil Lipiński.

Toalety nie wyjdą strajkować; czas wziąć sprawy we własne ręce

Aby rozwiązać problem niewystarczającej liczby toalet publicznych, Kamil Lipiński ze Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, proponuje pójście śladami stolicy Francji. Tam w ramach programu o wartości ponad 15 milionów euro rozłożonego na 5 lat, powstanie 400 małych ustępów. – Powstała siatka, która obejmuje cały Paryż. W miastach polskich te wzory wymagałyby pewnego przekształcenia. Oczywiście nie mamy takich dużych miast jak Paryż, ale w przypadku Warszawy potrzebne byłoby ok. 300 takich toalet – uważa ekspert.

Budowa małych, a jednorazowo kosztownych obiektów (taka toaleta to przecież tyle co dobrej klasy samochód, czy małe mieszkanie) wśród części mieszkańców budzi jednak kontrowersje. Pomysł budowy publicznych szaletów krytykowali ostatnio m.in. mieszkańcy Nowej Dęby na Podkarpaciu, gdzie postawiono dwa, za 100 tys. złotych każdy.

Wielu samorządowców wolałoby zajmować się poważniejszymi inwestycjami, budową dróg chodników, osławionych aquaparków, niż szaletami publicznymi. A to jest sprawa elementarna i na szczęście coraz więcej osób to zauważa – mówi Bartosz Dyląg, dziennikarz serwisu portalsamorzadowy.pl.

W opozycji do grup krytykujących wysoki koszt budowy toalet, pojawiają się osoby, które zdają sobie sprawę z konieczności takich działań. Projekty powstania nowych szaletów miejskich pojawiają się w propozycjach do budżetów obywatelskich np. w Łodzi, Poznaniu, Olsztynie, czy Nowym Targu. Z roku na rok jest ich coraz więcej.

Zachęcałbym do takich propozycji mieszkańców, bo to jest teraz modne, żeby wpływać w tej sprawie na władze lokalne – twierdzi Jan Bodnar, rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

Bez wątpienia po Euro 2012 poprawiła się jakość toalet na polskiej kolei. Na Dworcu Centralnym w Warszawie można nawet wziąć za 10 złotych prysznic. Coraz więcej osób widzi problem. Do zrobienia pozostaje jeszcze wiele. – Przy dużych sklepach toalety są, ale w mniejszych już nie. Nie ma też ich na pocztach i ta kwestia pozostaje do uregulowania. Druga rzecz to pewne zobligowanie gmin, żeby nie unikały obowiązku budowy publicznych toalet – mówi Jan Bodnar.

Wiadomo, że toalety nie wyjdą strajkować, ich budowniczy również nie, bo to nie jest temat, z którym ludzie lubią się utożsamiać – mówi Kamil Lipiński ze Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. – Jest to natomiast temat potwornie ważny dla naszej przestrzeni publicznej – dodaje. – Rozmawiałem z przedstawicielami przedsiębiorstw, które zajmują się dostarczaniem tego typu towaru. Mówią że rynek jest nasycony jedynie w kilkunastu procentach. Czyli toalet mamy ok. 6 razy za mało. Jest co budować – podsumowuje ekspert.

WIĘCEJ W RAPORCIE SPECJALNYM TOALETY W MIEJSCACH PUBLICZNYCH